Pewnie już się przyzwyczailiście do tego, że u nas na blogu czas płynie trochę innym rytmem. W grudniu zabieramy Was do czerwcowej Toskanii a w czerwcu można zobaczyć na blogu śnieg. Nie dostaniecie więc zapewne szoku poznawczego na widok kolorowych liści. Postanowiłam przygotować serię krótkich wpisów o naszych najfajniejszych krótkich rodzinnych mini - wyprawach. Mam nadzieję, że te wpisy będą pomocne, kiedy w Waszych głowach zaczną coraz częściej pojawiać się pytania: "hmmm...gdzie tu się wyrwać na weekend?" , "taka piękna niedziela, gdzie tu pojechać poza Kraków?". Będą też wpisy o miejscach w granicach Krakowa, bo nasze miasto ma naprawdę dużo do zaoferowania.
Kiedy tylko poznałam Wiktora, zdałam sobie sprawę, że poza byciem świetnym partnerem w życiu, będzie też doskonałym partnerem w podróży. Poznaliśmy się zresztą na łódce na Mazurach i od tamtej pory jeśli gdzieś jedziemy to w większości razem. Długo myślałam, że we dwójkę jest nam w podróży najlepiej. (Sorry, Dzieci!) Jesteśmy dogadani, wiemy czego oczekujemy, interesują nas podobne destynacje. Często w podróży jest nam lepiej niż w domu. Jesteśmy wobec siebie bardziej wyrozumiali - nieodłożony do zmywarki kubek nie przeszkadza tak bardzo.
Zawsze tak robię. Kiedy za oknem szaro, mokro, a kolorowe kwiaty, które przez kilka ostanich miesięcy pokrywały mój balkon zamieniły się w suche badyle. Wspominam lato. Nurzam się w tych przepełnionych światłem zdjęciach, chłonę to niebo w odcieniu paryskiego błękitu, ten piasek w kolorze lnu i te czekoladowe lody w kolorze.... hmmm. Mam też do tego okazję ponieważ Wiktor zawsze w okresie listopada/grudnia zabiera się za obróbkę zdjęć z czerwca/lipca. I wtedy pluję sobie w brodę, że tak na niego naskakuje zawsze, zachęcam, wiszę jak miecz Demoklesa, błagam : No obróbże! Mój mąż myśli po prostu o mnie. Nie, nie obrobię od razu po przyjeździe - dzień letni dosyć ma przecież swego blasku. A tak w listopadzie, kiedy zaraz po wstaniu i kawie mam ochotę położyć się z powrotem do łóżka, takie letnie zdjęcia potrafią rozpalić krew, wlać nadzieję, że może warto jednak przetrwać tę zimę?
Zawsze, kiedy uda nam się wyrwać gdzieś bez dzieci, pada zdanie: "Czemu wcześniej nie robiliśmy tego co weekend?" Czemu nie raz woleliśmy spędzać godziny, oglądając serial przed laptopem, zamiast ruszyć tyłki i pozwiedzać okolicę? Czemu do diabła nie wykorzystaliśmy tego czasu przed dziećmi do ostatniej sekundy? Czemu nie wycisnęliśmy go jak cytryny? Kiedy mogliśmy, kiedy jeszcze nie byliśmy za nikogo więcej odpowiedzialni poza sobą. Kiedy rytm dnia nie zależał od rozkładu drzemek, a zagubiony ludzik lego nie psuł humoru wszystkim członkom rodziny. Jakby życie dzieliło się na to przed pojawieniem się dzieci i po pojawieniu się dzieci. W takim razie żyjemy obecnie w 4 r.p.n.k. (czyt. czwartym roku po narodzinach Kazika). W 4 r.p.n.k. wybraliśmy się pierwszy raz na rowery na Jurę.
Zagrzebałam się dzisiaj we wspomnieniach. Kazik ma już 3,5 roku, a tutaj świeżo upieczony roczniak w Koloseum. To była jego pierwsza zagraniczna podróż z nami, z niewiadomych przyczyn zupełnie przemilczana na blogu. Czas naprawić ten błąd. Proszę Państwa - zapraszam na rzymskie wakacje!
Kocham Włochy. Mogłabym tam mieszkać i przede wszystkim jeść - bez przerwy. Nawet wizyta we włoskim supermarkecie potrafi napełnić mnie ekscytacją wynikającą z obietnicy kulinarnego spełnienia. Ach te sery, wino, makarony, szynka dojrzewająca....Kiedyś na zajęciach szwedzkiego przerabialiśmy tekst o najdłużej żyjących ludziach na świecie - w pierwszej trójce uplasowali się mieszkańcy włoskiej Sardynii. Ponoć wybitna długość ich życia zależy od dużej ilości zjadanego sera pecorino, codziennego picia wina i oddania rodzinie. Zupełnie się nie dziwię - po tygodniu tam spędzonym wiem, że mogłabym tam żyć sto lat. Nawet mimo tego, że pojechaliśmy tam w najzimniejszym miesiącu w roku.
Tak deszczowo ostatnio za oknem i już dopadła mnie tęsknota za latem. A zaraz obok tęsknoty rozsiadły się piękne wspomnienia z naszej krótkiej acz miłej wyprawy z bliźniakami do Rumunii. Moi rodzice w sierpniu zabrali Kazia na tydzień wakacji u dziadków i nagle pojawiła się przed nami perspektywa 7 dni TYLKO z dwójką dzieci i odezwał się zew przygody. Taka potrzeba znalezienia się w drodze bez ściśle określonej trasy - po prostu podążania przed siebie. Wybraliśmy Rumunię, która od lat była naszym marzeniem. Spakowaliśmy się i ruszyliśmy z założeniem, że dostosujemy ilość przejeżdżanych kilometrów do drzemek chłopaków i dojedziemy tak daleko jak się uda. To było świetne doświadczenie - takie wspólne bycie w drodze - bez szczególnego planu, oczekiwań, pośpiechu. Jedynym ograniczeniem była data powrotu. Może nie zobaczyliśmy wiele z tego co Rumunia ma do zaoferowania, bo panowie jadący na rowerach z kosami w rękach znacznie ograniczali nasza prędkość na marmaroskich drogach, ale nie to było najważniejsze.
Cztery dni bez dzieci. Spokój, cisza, przespane całe noce, jazda samochodem bez "brrrrrrrrrrrrrrr", tańców i śpiewów na tylnym siedzeniu. Wszystko podszyte oczywiście tęsknotą, ale jednak obietnica raju, pełen reset. Tak, udało się sprzedać całą trójkę dziadkom i wyjechać na chwilę we dwoje, a w zasadzie w piątkę - z tym, że wszyscy pełnoletni. Wybór padł na Grossglockner - najwyższy szczyt Austrii. Fajnie było, ależ było fajnie. Wyrodna matka, wyrodny ojciec.
Ten tekst piszę głównie dla siebie, ale i dla tych podobnych charakterologicznie do mnie, których jak mniemam jest całkiem sporo. Dla takich, którzy lubią idealizować świat i którzy rzadko przed realizacją jakiegoś planu wizualizują sobie możliwe negatywne konsekwencje lub problemy. Dla tych, których motto życiowe brzmi: "Szlachta na koń wsiędzie i jakoś to będzie". Którzy wszystkie rady i ostrzeżenia tych bliskich i tych nieznajomych kwitują prychnięciem lub ewentualnie dyplomatycznym milczeniem. Dla tych co chcieli teatr otwierać w miejscowości zamieszkanej przez 100 osób i tych co z małymi dziećmi kule ziemską trzy razy objadą i tych co pierwszy milion zarobią sprzedając ubikacje sprowadzane z Chin. Lubię Was!
Mam za sobą trudny egzamin na przewodnika po Krakowie i podczas tego egzaminu koleżanka bardzo uroczo się przejęzyczyła i mówiąc o obrazie Henryka Siemiradzkiego zrobiła z "Pochodni Nerona" - "Pochodnie Neurona". Więc ten tekst jest dla tych wszystkich zapaleńców, którym w głowach nieustannie palą się takie pochodnie neuronów i którzy do kompletu zdecydowali się posiadać dzieci. Czy to da się pogodzić?
Są takie wydarzenia, które napędzają ciąg przyczynowo-skutkowy w naszym życiu. Wystarczyłoby zmienić tę jedną chwilę w przeszłości, a wszystko mogłoby się potoczyć zupełnie inaczej. Bo gdybyśmy nie pojechali na obóz żeglarski w Myśliborzu, nie nauczylibyśmy się najprawdopodobniej żeglować, a gdybyśmy nie umieli żeglować, nie poznalibyśmy się z Wiktorem w porcie w Mikołajkach, a gdybyśmy nie poznali się z Wiktorem w Mikołajkach, nie bujałabym teraz jedną ręką Tadka, drugą łaskotała Filipa, myśląc o tym jak Kazik się ma dzisiaj w przedszkolu, pisząc jednocześnie nosem na klawiaturze (przy okazji polecam książkę Stevena Kinga "Dallas":)). To zabawne, ale już w Myśliborzu w 1999 roku powinniśmy się byli poznać, bo byliśmy tam w tym samym czasie. Cóż, dwunastolatka w jaskrawożółtym stroju kąpielowym (jakaż to była modna ówcześnie stylizacja) nie do końca mogła przypaść do gustu szesnastolatkowi w bundeswerce. W 2011 roku sytuacja wyglądała już zupełnie inaczej. Ale wszystko zaczęło się tam - w Myśliborzu. Kiedy w drodze powrotnej ze Świnoujścia do domu Wiktor zaproponował, żebyśmy lekko zboczyli z trasy i zobaczyli jak, żyjący w naszych wspomnieniach ośrodek żeglarski wygląda obecnie, odpowiedź mogła być tylko jedna.
Tydzień w Świnoujściu wystarczył, żeby stwierdzić, że moglibyśmy spokojnie tam zamieszkać, bo tak przyjaznego mieszkańcom miejsca dawno nie widzieliśmy. Nie wszystkie atrakcje dane nam było sprawdzić - za mało czasu, nie ta pogoda, trochę za małe jeszcze bliźniaki, żeby np. pojeździć na rowerze, ale o to kilka sprawdzonych przez nas możliwości.
Dobre 50 lat temu moja babcia towarzyszyła dziadkowi w podróży żukiem do Świnoujścia, w celu załatwienia, jakiejś bliżej nieokreślonej już sprawy. Kiedy już rzeczoną sprawę załatwili, babcia powiedziała do dziadka, że chciałaby teraz zobaczyć morze, co dziadek skwitował słowami: "Szkoda czasu! Co wodę oglądać będziesz?". I nie zobaczyła. My postanowiliśmy zapakować trójkę dzieci i przejechać 800 km, żeby tą wodę zobaczyć i to w kwietniu. Świat stanął na głowie, powiedziałby dziadek.
Zamykając temat naszego wypadu z Kazikiem na Islandię postanowiłam zamieścić tutaj mój pierwszy, samodzielnie zmontowany film. Proszę o wyrozumiałość - jest bardzo amatorski, momentami nieostry, za to bardzo rodzinny i myślę, że oddaje urok Islandii.
Będąc w kręgu wspomnień z Gruzji A.D. 2014 postanowiłam napisać kilka słów o naszym jednodniowym spacerze pod masyw Chaukhi. Jeżeli zostało Ci jeszcze dwa dni do odlotu, nie masz już siły ani ochoty świętować dłużej w Kazbegi, czujesz, że już możesz ruszać nogami i chętnie poruszasz nimi, ale bez zbytniej przesady - to opcja dla Ciebie. Przyjemny trekking z widokami jak z tapety Windows'a. Ale to nie koniec możliwości jakie niosą za sobą okolice Juty. Prawda jest taka, że chętnie byśmy tam wrócili i spędzili przynajmniej tydzień - testując drogi wspinaczkowe na poszczególne szczyty masywu lub po prostu idąc kilkudniowym szlakiem między górami.
Jakiś czas temu koleżanka poprosiła mnie, żebym opowiedziała jej o naszym wejściu na Kazbek, ponieważ sama planuje w najbliższym czasie zdobycie tego pięciotysięcznika. Nam udało się go zdobyć w 2014 roku - przy trzecim podejściu. O naszej pierwszej wizycie u stóp Kazbeku możecie przeczytać tutaj. Nasza druga wyprawa zakończyła się z powodu załamania pogody jedynie dotarciem do dawnej stacji meteo na wysokości 3600 m n.p.m. Dopiero trzecia wyprawa w sierpniu 2014 zakończyła się powodzeniem. Postanowiłam opisać nasze podejście na blogu, bo a nuż poza Martą, skorzysta z tych informacji więcej osób, planujących zdobycie jednego z najwyższych szczytów Gruzji.
W końcu za oknem śnieżna zima. Na tyle, o ile w mieście można jej doświadczyć. Kazik jeździł wczoraj na sankach w naszym parku, mimo, że ta 5 cm biała warstwa, która pokrywała zmarznięte błoto, nie obiecywała zbyt wiele. Jednak o dziwo udało się trochę pozjeżdżać i nawet zrobić orła. Orzeł w wykonaniu Kazika jest bardzo pocieszny, bo jak ruch rąk młody ma doskonale opanowany, tak nogami macha, jakby robił „rowerek”. Jak on się tym śniegiem cieszy! Jak tylko dziecko potrafi.
Kiedy tak chodziliśmy wczoraj po
parku, wspominałam naszą zeszłoroczną zimę, kiedy Kazik pierwszy raz w życiu
doświadczył co to śnieg. Wybraliśmy się wtedy do Doliny Roztoki razem z naszymi
znajomymi i ich dziećmi. W Krakowie śnieg już dawno zamienił się w błoto, a tam
mogliśmy dotknąć prawdziwej, mroźnej zimy z masą śniegu, na który można się
rzucać i z którego można zrobić bałwana w
rozmiarze człowieka, a nie smutnego 30 cm gnoma.
Planując nasz tygodniowy wyjazd
na Cypr bardzo chcieliśmy uniknąć typowych turystycznych kurortów. Zupełnie nie
kręcą nas gigantyczne resorty, ciągnące
się kilometrami wzdłuż plaży. Zapewne
nocleg w takich miejscach jest najwygodniejszy – wszystko jest pod ręką, do
plaży pięć minut, basen za oknem, po drugiej stronie drogi niekończący się ciąg
restauracji do wyboru do koloru. Jest też pewnie najtańszy. Cały problem, w tym, że tego typu kurorty w większości
miejsc na świecie wyglądają podobnie i zamykając się w takim miejscu tracimy
możliwość prawdziwego poznania kraju, który odwiedzamy.
Bardzo chcieliśmy uniknąć tego na
Cyprze i udało się . Poza dwoma noclegami w Paphos, który bez wątpienia jest
typowym kurortem, mieliśmy okazję nocować w trzech pięknych miejscach, które
pozwoliły nam zobaczyć prawdziwą twarz Cypru. Te miejsca chcielibyśmy Wam teraz
gorąco polecić. Jako, że namierzenie ich zajęło nam sporo czasu, mamy nadzieję,
że ktoś o podobnych zapatrywaniach na styl podróżowania jak my, będzie miał w przyszłości
łatwiej. Poza tym wszystkie trzy miejscówki prowadzone są przez ludzi z
pomysłem, którzy mają szacunek do lokalnej kultury i tradycji i z chęcią
wesprzemy ich w tej działalności małą reklamą.
Kiedy temperatura za oknem oscyluje w okolicach zera, bardzo przyjemnie ogląda się zdjęcia i porządkuje wspomnienia z wakacji pełnych słońca. Od wielu lat planowaliśmy z Wiktorem urlop w ciepłym miejscu, z morzem i plażą. Kończyliśmy w jakimś skandynawskim kraju lub na małej łódce z czwórką innych ludzi na pokładzie, ew. w górach z namiotem na 3000 m n.p.m. Brudni, spoceni, z zawsze za ciężkim plecakiem. Te typy tak mają. Zazwyczaj jednak pod koniec takich podróży, szarzy od kurzu, bez ani jednej czystej koszulki, z nienawiścią do konserwy turystycznej i pasztetu z kogutkiem, lubiliśmy rozmawiać o tym, jakby to było na takich „prawdziwych” wakacjach z drinkiem z palemką. W tym roku w końcu udało się to sprawdzić – w moim przypadku z samą palemką.
















