Zagrzebałam się dzisiaj we wspomnieniach. Kazik ma już 3,5 roku, a tutaj świeżo upieczony roczniak w Koloseum. To była jego pierwsza zagraniczna podróż z nami, z niewiadomych przyczyn zupełnie przemilczana na blogu. Czas naprawić ten błąd. Proszę Państwa - zapraszam na rzymskie wakacje!
Jak z blondyna stać się brunetem wieczorową porą? Wystarczy 300 g Decomoreno.
Coraz bardziej lubię tego małego gościa. Nasze początki były bardzo trudne i do teraz z nikim się tak nie kłócę jak z nim. Stoimy czasem naprzeciwko siebie i tupiemy ze złości. Ale coraz częściej myślę, że jest tak dlatego, że on taki do mnie podobny. Pamiętam jak nie mogłam się doczekać kiedy ten mały człowiek w końcu się wypowie. Kiedy zamiast dialektu wschodniochińskiego albo mowy ciała usłyszymy proste, albo nawet i złożone zdanie. Kiedy zacznie wpuszczać nas w swój świat. I zaczął. Uwielbiam go słuchać i z nim rozmawiać kiedy wracamy razem z przedszkola. Czasem siedzimy z Wiktorem opowiadamy sobie nawzajem co dzisiaj do nas powiedział. Postanowiłam co smaczniejsze kąski tutaj zapisać, żeby nie zapomnieć i poprawić sobie nastrój, bo Kazimierz to gość o nieprzeciętnym poczuciu humoru.
Kocham Włochy. Mogłabym tam mieszkać i przede wszystkim jeść - bez przerwy. Nawet wizyta we włoskim supermarkecie potrafi napełnić mnie ekscytacją wynikającą z obietnicy kulinarnego spełnienia. Ach te sery, wino, makarony, szynka dojrzewająca....Kiedyś na zajęciach szwedzkiego przerabialiśmy tekst o najdłużej żyjących ludziach na świecie - w pierwszej trójce uplasowali się mieszkańcy włoskiej Sardynii. Ponoć wybitna długość ich życia zależy od dużej ilości zjadanego sera pecorino, codziennego picia wina i oddania rodzinie. Zupełnie się nie dziwię - po tygodniu tam spędzonym wiem, że mogłabym tam żyć sto lat. Nawet mimo tego, że pojechaliśmy tam w najzimniejszym miesiącu w roku.
Tak deszczowo ostatnio za oknem i już dopadła mnie tęsknota za latem. A zaraz obok tęsknoty rozsiadły się piękne wspomnienia z naszej krótkiej acz miłej wyprawy z bliźniakami do Rumunii. Moi rodzice w sierpniu zabrali Kazia na tydzień wakacji u dziadków i nagle pojawiła się przed nami perspektywa 7 dni TYLKO z dwójką dzieci i odezwał się zew przygody. Taka potrzeba znalezienia się w drodze bez ściśle określonej trasy - po prostu podążania przed siebie. Wybraliśmy Rumunię, która od lat była naszym marzeniem. Spakowaliśmy się i ruszyliśmy z założeniem, że dostosujemy ilość przejeżdżanych kilometrów do drzemek chłopaków i dojedziemy tak daleko jak się uda. To było świetne doświadczenie - takie wspólne bycie w drodze - bez szczególnego planu, oczekiwań, pośpiechu. Jedynym ograniczeniem była data powrotu. Może nie zobaczyliśmy wiele z tego co Rumunia ma do zaoferowania, bo panowie jadący na rowerach z kosami w rękach znacznie ograniczali nasza prędkość na marmaroskich drogach, ale nie to było najważniejsze.
Stało się - zapuściłam się w czeluście internetu, żeby znaleźć sekretny sposób na przespanie całej nocy przez bliźniaki. Nie ma nas tu wcale od dłuższego czasu. Nie ma, bo w zasadzie zawiesiliśmy funkcję spania w naszych organizmach i funkcjonujemy przez 24 h jak komputer w stanie hibernacji - otwieramy oczy jak dzieci zaklikają. W niedzielę o 6 rano, po tym jak każdy z nas przespał ok 1,5 godziny można było w pokoju Kazika zobaczyć następujący obrazek. Świt, rozwalone łózko w pokoju dziecięcym, w rogu suszy się pranie, na łóżku matka z rozwianym włosem i makijażem typu "smoky eyes", który z powieki przeniósł się pod oko, trzyma na kolanach jedno rozweselone niemowlę, w środku radośnie podskakuje 3 latek, krzycząc "ijoo ijoo" "alarm" po czym wali matkę dżdżownicą po głowie (bo to matka przecież płonie), w drugim kącie łóżka zwinięty w kłębek ojciec, z drugim niemowlakiem opartym o jego brzuch, usiłuje jeszcze uszczknąć choć mikrosekundę snu, ale chociaż jest mistrzem świata mikrodrzemek ponosi sromotną klęskę. Gdyby ktoś tylko mógł nam zrobić wtedy zdjęcie. Już je widzę oczami wyobraźni na Instagramie: #happyfamily, #sundaymorning, #happylife - takie czarno-białe. Dajcie Wy mi lepiej te wszystkie kubki kawy z pianką na tle bielonego drewna, które tego samego ranka, tak ochoczo tam powrzucaliście.
Cztery dni bez dzieci. Spokój, cisza, przespane całe noce, jazda samochodem bez "brrrrrrrrrrrrrrr", tańców i śpiewów na tylnym siedzeniu. Wszystko podszyte oczywiście tęsknotą, ale jednak obietnica raju, pełen reset. Tak, udało się sprzedać całą trójkę dziadkom i wyjechać na chwilę we dwoje, a w zasadzie w piątkę - z tym, że wszyscy pełnoletni. Wybór padł na Grossglockner - najwyższy szczyt Austrii. Fajnie było, ależ było fajnie. Wyrodna matka, wyrodny ojciec.
Przyzwyczaiłam się już do tego, że mało kto przejdzie obojętnie obok bliźniaczego wózka. Odpowiadam grzecznie, że dwóch chłopców, że dwujajowe, kiwam potakująco, że podwójna radość i podwójna robota i uśmiecham się pod nosem, słysząc, że wiozę w tym wózku TYSIĄC złotych (bo przecież to dwa razy "pińcet"). Czasami zdarza mi się spotkać innych rodziców bliźniąt. Ja pcham mój wózek i widzę z daleka Ją, jak pcha z wysiłkiem swój tysiąc. I to porozumiewawcze spojrzenie, tak, wiem jak wyglądają Twoje noce, tak, wiem, jak to jest jak płaczą na raz. Najciekawiej jest jednak jak zaczepiają mnie rodzice odchowanych lub ewentualnie starszych niż moje bliźniaków. To są dopiero historie z dreszczykiem.





