Tak deszczowo ostatnio za oknem i już dopadła mnie tęsknota za latem. A zaraz obok tęsknoty rozsiadły się piękne wspomnienia z naszej krótkiej acz miłej wyprawy z bliźniakami do Rumunii. Moi rodzice w sierpniu zabrali Kazia na tydzień wakacji u dziadków i nagle pojawiła się przed nami perspektywa 7 dni TYLKO z dwójką dzieci i odezwał się zew przygody. Taka potrzeba znalezienia się w drodze bez ściśle określonej trasy - po prostu podążania przed siebie. Wybraliśmy Rumunię, która od lat była naszym marzeniem. Spakowaliśmy się i ruszyliśmy z założeniem, że dostosujemy ilość przejeżdżanych kilometrów do drzemek chłopaków i dojedziemy tak daleko jak się uda. To było świetne doświadczenie - takie wspólne bycie w drodze - bez szczególnego planu, oczekiwań, pośpiechu. Jedynym ograniczeniem była data powrotu. Może nie zobaczyliśmy wiele z tego co Rumunia ma do zaoferowania, bo panowie jadący na rowerach z kosami w rękach znacznie ograniczali nasza prędkość na marmaroskich drogach, ale nie to było najważniejsze.
Stało się - zapuściłam się w czeluście internetu, żeby znaleźć sekretny sposób na przespanie całej nocy przez bliźniaki. Nie ma nas tu wcale od dłuższego czasu. Nie ma, bo w zasadzie zawiesiliśmy funkcję spania w naszych organizmach i funkcjonujemy przez 24 h jak komputer w stanie hibernacji - otwieramy oczy jak dzieci zaklikają. W niedzielę o 6 rano, po tym jak każdy z nas przespał ok 1,5 godziny można było w pokoju Kazika zobaczyć następujący obrazek. Świt, rozwalone łózko w pokoju dziecięcym, w rogu suszy się pranie, na łóżku matka z rozwianym włosem i makijażem typu "smoky eyes", który z powieki przeniósł się pod oko, trzyma na kolanach jedno rozweselone niemowlę, w środku radośnie podskakuje 3 latek, krzycząc "ijoo ijoo" "alarm" po czym wali matkę dżdżownicą po głowie (bo to matka przecież płonie), w drugim kącie łóżka zwinięty w kłębek ojciec, z drugim niemowlakiem opartym o jego brzuch, usiłuje jeszcze uszczknąć choć mikrosekundę snu, ale chociaż jest mistrzem świata mikrodrzemek ponosi sromotną klęskę. Gdyby ktoś tylko mógł nam zrobić wtedy zdjęcie. Już je widzę oczami wyobraźni na Instagramie: #happyfamily, #sundaymorning, #happylife - takie czarno-białe. Dajcie Wy mi lepiej te wszystkie kubki kawy z pianką na tle bielonego drewna, które tego samego ranka, tak ochoczo tam powrzucaliście.
Cztery dni bez dzieci. Spokój, cisza, przespane całe noce, jazda samochodem bez "brrrrrrrrrrrrrrr", tańców i śpiewów na tylnym siedzeniu. Wszystko podszyte oczywiście tęsknotą, ale jednak obietnica raju, pełen reset. Tak, udało się sprzedać całą trójkę dziadkom i wyjechać na chwilę we dwoje, a w zasadzie w piątkę - z tym, że wszyscy pełnoletni. Wybór padł na Grossglockner - najwyższy szczyt Austrii. Fajnie było, ależ było fajnie. Wyrodna matka, wyrodny ojciec.
Przyzwyczaiłam się już do tego, że mało kto przejdzie obojętnie obok bliźniaczego wózka. Odpowiadam grzecznie, że dwóch chłopców, że dwujajowe, kiwam potakująco, że podwójna radość i podwójna robota i uśmiecham się pod nosem, słysząc, że wiozę w tym wózku TYSIĄC złotych (bo przecież to dwa razy "pińcet"). Czasami zdarza mi się spotkać innych rodziców bliźniąt. Ja pcham mój wózek i widzę z daleka Ją, jak pcha z wysiłkiem swój tysiąc. I to porozumiewawcze spojrzenie, tak, wiem jak wyglądają Twoje noce, tak, wiem, jak to jest jak płaczą na raz. Najciekawiej jest jednak jak zaczepiają mnie rodzice odchowanych lub ewentualnie starszych niż moje bliźniaków. To są dopiero historie z dreszczykiem.
Ten tekst piszę głównie dla siebie, ale i dla tych podobnych charakterologicznie do mnie, których jak mniemam jest całkiem sporo. Dla takich, którzy lubią idealizować świat i którzy rzadko przed realizacją jakiegoś planu wizualizują sobie możliwe negatywne konsekwencje lub problemy. Dla tych, których motto życiowe brzmi: "Szlachta na koń wsiędzie i jakoś to będzie". Którzy wszystkie rady i ostrzeżenia tych bliskich i tych nieznajomych kwitują prychnięciem lub ewentualnie dyplomatycznym milczeniem. Dla tych co chcieli teatr otwierać w miejscowości zamieszkanej przez 100 osób i tych co z małymi dziećmi kule ziemską trzy razy objadą i tych co pierwszy milion zarobią sprzedając ubikacje sprowadzane z Chin. Lubię Was!
Mam za sobą trudny egzamin na przewodnika po Krakowie i podczas tego egzaminu koleżanka bardzo uroczo się przejęzyczyła i mówiąc o obrazie Henryka Siemiradzkiego zrobiła z "Pochodni Nerona" - "Pochodnie Neurona". Więc ten tekst jest dla tych wszystkich zapaleńców, którym w głowach nieustannie palą się takie pochodnie neuronów i którzy do kompletu zdecydowali się posiadać dzieci. Czy to da się pogodzić?
Dobry park w środku betonowej dżungli to podstawa dla wiejskiego elementu napływowego jakim jesteśmy. Dużą motywacją w wyborze naszego krakowskiego mieszkania było położenie tuż obok parku o szumnej nazwie Ogród Płaszów. A jest to park nie byle jaki - paradoksalnie jego dużą zaletą jest całkowity brak infrastruktury. Żadnych chodniczków, ławeczek, małej architektury. Po prostu zielony zakątek ze starymi drzewami i wydeptanymi kilkoma ścieżkami. I chociaż czasem kiedy przedzieram się wózkiem przez te wertepy, złorzeczę trochę pod nosem, to myślę sobie, że jednak fajnie jest tak jak jest. Tak trochę dziko, bez cyrkla i linijki - przechodzisz przez bramkę i już jesteś w innym świecie, po drugiej stronie lustra.
Są takie wydarzenia, które napędzają ciąg przyczynowo-skutkowy w naszym życiu. Wystarczyłoby zmienić tę jedną chwilę w przeszłości, a wszystko mogłoby się potoczyć zupełnie inaczej. Bo gdybyśmy nie pojechali na obóz żeglarski w Myśliborzu, nie nauczylibyśmy się najprawdopodobniej żeglować, a gdybyśmy nie umieli żeglować, nie poznalibyśmy się z Wiktorem w porcie w Mikołajkach, a gdybyśmy nie poznali się z Wiktorem w Mikołajkach, nie bujałabym teraz jedną ręką Tadka, drugą łaskotała Filipa, myśląc o tym jak Kazik się ma dzisiaj w przedszkolu, pisząc jednocześnie nosem na klawiaturze (przy okazji polecam książkę Stevena Kinga "Dallas":)). To zabawne, ale już w Myśliborzu w 1999 roku powinniśmy się byli poznać, bo byliśmy tam w tym samym czasie. Cóż, dwunastolatka w jaskrawożółtym stroju kąpielowym (jakaż to była modna ówcześnie stylizacja) nie do końca mogła przypaść do gustu szesnastolatkowi w bundeswerce. W 2011 roku sytuacja wyglądała już zupełnie inaczej. Ale wszystko zaczęło się tam - w Myśliborzu. Kiedy w drodze powrotnej ze Świnoujścia do domu Wiktor zaproponował, żebyśmy lekko zboczyli z trasy i zobaczyli jak, żyjący w naszych wspomnieniach ośrodek żeglarski wygląda obecnie, odpowiedź mogła być tylko jedna.






