Jak radzimy sobie z trójką synów?

12:45


Przyznam, że nie był to mój wymarzony scenariusz. Nigdy bym nie przypuszczała, że będę mamą trzech chłopców. Po pierwsze jak większość "rozsądnych" i wygodnych ludzi planowaliśmy tylko dwójkę dzieci i jakoś tak wydawało mi się, że skoro pierwszy urodził się Kazik, to druga urodzi się Rózia (tak właśnie ma na imię moja wyimaginowana córeczka - po Babci). Jak to często bywa nigdy bym sobie mojego życia nie wyśniła. Mało kto chyba śni sny o bliźniakach. Rózia przyszła do nas w postaci dwóch chłopaków i nasz dom jest zdominowany przez testosteron. Jak radzimy sobie z trójką synów? 


Kiedy przyszedł mi do głowy pomysł na post, chciałam opublikować tu tylko jedno zdjęcie. Zdjęcie krzesła, które złamał Filip, bo miał się na nim nie huśtać, ale było to jednak silniejsze od niego. Bo to złamane krzesło jest metaforą tego jak wygląda nasz dom, nasz samochód, nasza codzienność. 

Generalnie pojawienie się dzieci wyrzuciło mnie daleko poza strefę komfortu (uwielbiam to wyrażenie:) Bo ja lubię spać, lubię mieć porządek i ciszę też lubię. Z dniem narodzenia dzeci to wszystko staje się jakimś mglistym, odległym wspomnieniem i czasami się zastanawiam czy ja naprawdę kiedyś potrafiłam spać do dziewiątej, kanapa nie przedstawiała sobą jadłospisu dnia poprzedniego, i nikt nie strzelał z broni palnej do mojego ucha? 


Ja nie wiem dlaczego tak jest, ale moje dzieci nigdy nie są czyste, nieustannie prowadza ze sobą wojny podjazdowe, nasze ściany wyglądają tak, jakby mieszkał z nami Jackson Pollock i ciągle ktoś chce, żeby za nim biegać. Jak sobie z tym poradzić? My mamy do tej pory zasadniczo jedno uniwersalne rozwiązanie. Trzeba ich wypuścić z domu. Zabrać gdzieś, najlepiej w las, w park, dać hulajnogi do rąk. To jest naprawdę najlepsza opcja, żeby jakoś spuścić z nich tą energię. I ten hałas się tak w tym lesie echem dalekim rozchodzi i wraca do nas w wersji jakiejś takiej bardziej znośnej. 



Kilka tygodni temu wybraliśmy się do Pieskowej Skały, żeby pokazać naszym rycerzom prawdziwy zamek i szukać smoków. 



I stało się coś co bardzo często się dzieje podczas takich małych wypraw - zrobiło się fajnie. Nasi chłopcy dostali od Wiktora kawałek sznurka, który zawieruszył się w plecaku i obudzili w sobie prawdziwe braterstwo liny. Przez 40 min wspinali się na górkę, rzucali sobie "linę" do asekuracji i ześlizgiwali się ze zbocza na brzuchach jak pingwiny. No w sumie, po co komu zamek? 



Naszą najlepszą metodą wychowawcza jest wyprowadzenie dzieci na pole. Bo tam jest wszystko czego im trzeba  w tym wieku. Liście, patyki, kamienie, skały, które mogą stać się tym, co tylko podpowie im ich bujna wyobraźnia. 

You Might Also Like

0 komentarze

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...