Kiedy temperatura za oknem oscyluje w okolicach zera, bardzo przyjemnie ogląda się zdjęcia i porządkuje wspomnienia z wakacji pełnych słońca. Od wielu lat planowaliśmy z Wiktorem urlop w ciepłym miejscu, z morzem i plażą. Kończyliśmy w jakimś skandynawskim kraju lub na małej łódce z czwórką innych ludzi na pokładzie, ew. w górach z namiotem na 3000 m n.p.m. Brudni, spoceni, z zawsze za ciężkim plecakiem. Te typy tak mają. Zazwyczaj jednak pod koniec takich podróży, szarzy od kurzu, bez ani jednej czystej koszulki, z nienawiścią do konserwy turystycznej i pasztetu z kogutkiem, lubiliśmy rozmawiać o tym, jakby to było na takich „prawdziwych” wakacjach z drinkiem z palemką. W tym roku w końcu udało się to sprawdzić – w moim przypadku z samą palemką.
Kilka dni temu znajomy przysłał mi dla żartu szwedzką gazetę
dla ciężarnych „Gravid”. Przeglądałam ją z ciekawości i trafiłam na nagłówek:
„Prawdziwa kobieta powinna rodzić szybko, naturalnie i bez znieczulenia”. Tekst
traktował o naszych idealizacjach porodu i o tym jak często ciężko nam kobietom
sprostać swoim własnym, bądź narzucanym przez innych wymaganiom w tej materii.
Mam wrażenie, że wraz z coraz większą wiedzą odnośnie przebiegu porodu oraz
świadomością własnych praw, wzrastają również nasze wymagania co do tego jak
nasz poród ma wyglądać.
Islandię zamieszkuje ok. 320 tys. ludzi i często słyszy się, żart, że wszyscy znają tam wszystkich. Islandzka książka telefoniczna ułożona jest alfabetycznie wg. imion – nazwiska tworzy się bowiem od imienia ojca, więc nie jest to wystarczające do identyfikacji danego osobnika. Ważne jest imię i ewentualnie zawód, dzięki temu trafi swój na swego.
O niezwykłym wprost splocie znajomości Islandczyków mieliśmy
okazję przekonać się na własnej skórze podczas przygody ze zgubionym wózkiem. Jak
to często bywa, coś co na początku nosiło znamiona katastrofy przeobraziło się
post factum w świetną podróżniczą anegdotę.
Podróżowanie z małym dzieckiem wymaga dobrego przygotowania logistycznego. Największym wrogiem w podróży jest stres, więc aby go uniknąć warto zawczasu pomyśleć o kilku przedmiotach, które ułatwią nam życie. Oczywiście nie warto również przesadzać z ilością gadżetów, ponieważ rozmiar bagażu ma niebagatelne znaczenie, zwłaszcza kiedy lecimy. Poniżej lista rzeczy, które bardzo przydały się podczas naszej podróży na Islandii.
1. PLECAK - NOSIDŁO
To bardzo praktyczny sprzęt, jeżeli mamy w planach poruszanie się z dzieckiem z dala od tzw. cywilizacji, na łonie natury, w trudniejszym, często górskim terenie. Nasz model to Nosidło Koala Leisure Active. Kupiliśmy używane przez portal Gumtree za 120 PLN, co nie jest majątkiem, biorąc pod uwagę wielorakie możliwości zastosowania. Wykorzystujemy go zawsze podczas naszych wycieczek w góry, a ostatnio również podczas wypadów na miasto, ponieważ Kazik przechodził fazę "nie- wózek, nie - na nóżki, na rączki tatuś!". Kazik siedzi wygodnie, a nad głową możemy zamontować osłonkę przed słońcem lub deszczem. 15 kg naszego malucha bardzo ładnie rozkłada się na plecach.
Zamiast opisywać całą naszą trasę dzień po dniu postanowiliśmy stworzyć prostą i czytelną listę 10, naszym zdaniem, najfajniejszych miejsc z tych, które na Islandii dane nam było odwiedzić. Dodaliśmy z dzieckiem, ponieważ stopień zainteresowania Kazika danym obiektem był wskaźnikiem decydującym dla pozycjonowania listy. Generalnie, prawie całą Islandię można uznać za cud natury. Każdy koneser dzikiej przyrody znajdzie tam coś dla siebie. Poniżej Top 10 miejsc z perspektywy rodziny z małym dzieckiem.
1. VIK I MYRDAL / PŁASKOWYŻ DYRHÓLAEY
Podróż z dzieckiem jest dużo łatwiejsza w krajach, które gwarantują stabilną temperaturę, dużo słońca i ciepłe morze. Nie można tego powiedzieć o Islandii i może to przyczyna, dla której rzadko wybiera się ten kraj na wyjazd z dziećmi, zwłaszcza małymi. Kiedy, tuż przed naszym wyjazdem przeszukiwałam Internet w poszukiwaniu informacji o podróżowaniu po Islandii, wpisując hasła „Islandia z małym dzieckiem” itp., nie byłam w stanie znaleźć wielu wpisów z praktycznymi wskazówkami. Czy rodzice faktycznie nie zabierają maluchów w takie rejony? To jeszcze bardziej potęgowało moje i tak spore obawy odnośnie tej podróży. Prawie trzy tygodnie w krainie śniegu i lodu, gdzie temperatura latem to średnio 16 C, z synkiem, który dopiero co skończył 19 miesięcy? Rodzina i znajomi w najlepszym wypadku unosili brwi ze zdziwieniem, kiedy opowiadaliśmy o swoich planach.
Nie było nas tutaj całe wieki. Wiele się zmieniło od czasu ostatniego posta. Zdążyliśmy się pobrać i nawet rozmnożyć. Do naszej dwójki dołączył mały Kazik, który w listopadzie skończył już 2 lata. Dodatkowo znowu postanowiliśmy podnieść wskaźnik dzietności w naszym kraju i spodziewamy się w najbliższym czasie narodzin pary bliźniaków – również płci męskiej. Jestem obecnie na L4, potem czeka mnie urlop macierzyński i to natchnęło mnie do tego, żeby wskrzesić tego bloga. Tym razem będziemy pisać o podróżach małych i dużych z jednym,a potem mam nadzieję trójką potomstwa. Albo też i bez nich. Bo podróżować z dzieckiem jest całkiem fajnie, chociaż podróżować od czasu do czasu bez dziecka również. Zaczniemy od czerwcowej podróży na Islandię. 31.12 to chyba dobra data na nowy początek.





